Nie zawsze rzeczy widziane z dala tracą na ostrości. Bywa odwrotnie, wszak właściwy dystans i perspektywa są stosownymi narzędziami np. poznawania prawdy.

Wojciech Albiński wyemigrowal z kraju w latach 60 i na stałe osiadł w Afryce. O niej też głównie pisze. Jego ostatni wywiad dla naszej prasy,
Afryka poza teoriami, zawiera parę ostrych sądów o Polsce. Zwłaszcza tych dotyczących udziału dzieci w Powstaniu Warszawskim. Wojciech Albiński mieszka na krańcu swiata, ale i tam zapewne dopadną go potępieńcze głosy. Choćby za sam ton refleksji.

Moja znajoma w czasie wojny była 13-letnią łączniczką przenoszącą podziemne gazetki przez niemieckie kordony. Przepuszczano ją, bo była dzieckiem. Jednak gdyby ją złapano, zabrano by ją na Szucha, zbito, storturowano, być może zastrzelono. Na miły Bóg, dzieci się na taki los nie posyła! Ani swoich, ani cudzych. Warszawa jest jednak jedynym miastem na świecie, gdzie stoi pomnik dziecka-żołnierza.



– A jeśli Pana znajoma chciała umrzeć za wolność swojego kraju?

– W taki sposób uzasadnia się wybuch Powstania: nie można było powstrzymać młodzieży i walki musiały wybuchnąć. Mądry przywódca umie powstrzymać temperamenty, a Armia Krajowa była karnym wojskiem. De facto Polska była rządzona przez Państwo Podziemne: była policja, sądy, administracja. W “Biuletynie Informacyjnym”, w rubryce “Wyroki”, znalazłem kiedyś notkę o panu, którego skazano za gadulstwo. Gdzieś, przez przypadek, wygadał się na temat zebrania konspiracyjnego. Czy w tak skrupulatnie zorganizowanym państwie może umknąć informacja o nastrojach armii, prawie bez broni, składającej się z dzieci i wyrostków? Nie wysyła się ludzi na pewną śmierć.

Czy aby dowiedzieć się czegoś istotnego o nas samych, o naszym podwórku, trzeba koniecznie wsłuchać się w głosy Polaków, którzy pozbyli się sentymentu do rodzinnego kraju? Kto jeszcze z dala mówi do nas coś ważnego ? Żywy… martwych zaciągnięto na cokoły.