Jeśli coś jest ponad nasze możliwości, to się to zlewa – niemieccy Edukatorzy są efektem takiego reżyserskiego minimum. Film z gatunku nieprzekombinowanych, innymi słowy, prostych. Coś w rodzaju rozbudowanej etiudy studenckiej bez montażowych fajerwerków, wierny manierze lekkiego dokumentu kręconego niemal z ręki. Ogląda się fajnie.

Edukatorzy to powiastka o trójce domorosłych rewolucjonistów – pranksterów, którzy czerpią życiową radochę z wywracania do góry nogami wnętrz nowobogackich domów, aż do kulminacyjnej wpadki. Choć historia nabiera przyśpieszenia nie zmierza ku finałowej puencie.
Edukatorów ogląda się jak żartobliwy appendix do historii RAF-u. Liderzy Frakcji Czerwonej Armii skończyli marnie w więzieniu (zabici lub ktoś pomógł im popełnić samobójstwo). Filmowi bohaterowie, świadomi konsekwencji bezpardonowej walki z systemem wystrzegają się przemocy, ale i tak padają ofiarą swojej naiwności. Reszta to już grubymi nici pisana fikcja….

Znając historię lewackich terrorystów z lat 70. nie można traktować finałowej sceny Edukatorów bez przymrużenia oka. Można też uznać, że reżyser świadomie spłycił wymowę filmu, wiedząc że wystrzeganie się banału jest ponad jego możliwości. Przy Edukatorach Fighting Club jest niczym lewacki manifest przetrawiony przez psychopatyczny umysł nowej ery.