Ciekawe, czy prawo do reklamacji nie powinno obejmować także książek, filmów oraz muzyki. Wszak ujmując kwestię w kategoriach czysto ekonomicznych i w tym przypadku mamy do czynienia z towarem, a ten możemy zwrócić sprzedawcy, nie podając powodów, w ściśle określonym czasie. A zatem, czemu nie czując się oszukanym zwodniczym i z gruntu wydumanych sloganem „najlepsza powieść od czasów Lalki”, nie przerwać rozczarowującej lektury na pierwszych stronicach i nie zdać książkowej lichoty do księgarni? Przyznam, że kusi mnie ta alternatywa, bo przecież moim sojusznikiem są prawa konsumenta.
Ale czasem tłumaczę sobie w myślach: „trudno, nie trafiłem, to wcale nie musi być zła powieść”. Więc upycham książkę na półkę, choć nie mam w sobie krzty nadziei, że kiedyś dokończę ją, jak zdarza się to napoczętym butelkom dobrego wina… Nie jest bowiem powiedziane, że do niej dorosnę albo ona (tj. książka) nabierze wyrafinowanego smaku. Bardziej wypłowieje od słońca. Podarować komuś, nie mam odwagi. To byłoby jawne sabotowanie idei prezentu od serca…