Antidotum na chandrę, minorowy nastrój, piekielnie skuteczny i piorunujący enerdżajzer. Adrenalina wstrzyknięta znienacka w samo serducho. Hello, we got you – krzyczą elektryczne diabły sącząc w nas truciznę w myśl zasady: co cię nie zabije, to wzmocni. Oto w akcji Jon Spencer Blues Explosion, szelmowskie trio, które udowadnia, że słowa „rock and roll is dead” to ściema.

Znudzony lub wypruty z resztek sił po odmóżdżającej pracy, serwuje sobie muzykę z determinacją nałogowca, odpalam w czterech ścianach ten dynamit, a ostre bluesowe riffy, pulsujący bas i zadziorne pokrzykiwania Jon’a uwodzą niczym agitka ulicznika opiewającego uroki jakiejś zapuszczonej dzielnicy. Tego nie da się zignorować. Dziś rano żałowałem, że nie będzie mnie na U2 w Chorzowie. Wieczorem, jak zwykle, stała dawka JSBE zainfekowała mnie ponownie dobrym nastrojem i niczego już nie żałuje, zwłaszcza wyreżyserowanego od „a” do „z” spektaklu połączonego z wielotysięcznym spędem. To będzie ciekawe, o ile uda się zaobserwować z satelity lub namierzyć sejsmografem.