Dwie gazety (Wyborcza i Rzepa,), a w nich – raczej pobieżnie, na zachętę – o wyśmienitych polskich poetach. Miron Białoszewski i Tymoteusz Karpowicz – odmienny styl pisania i przechodzenia przez życie. Kolejna zbieżność: banicja ze zbiorowej pamięci. Kiepski finał, oby nie definitywny, bo nawet abstrahując od poezji, każde niepospolite życie winno podsycać w nas pragnienie niezwykłości. Któż bowiem nie lubi zajmujących historii. A biografie obu poetów wystarczyłyby na napisanie kilku filmowych scenariuszy.
Miron Białoszewski traktujący szarą codzienność w surrealny sposób zaprawiony kontrkulturową dezynwolturą. Pławiący się na równi w absurdzie jak i w samotności, maniak nocnych spacerów do nikąd, Miron niedbały. Miron zwariowany – animator teatrzyków spontanicznie urządzanych w zagraconych domowych pieleszach. Jego „Szumy, zlepy, ciągi’ brzmią dziś jak hop hopowa nawijka. Dziwak, gej, autor przejmujących pamiętników z Powstania Warszawskiego.
Tymoteusz Karpowicz – kto wie, czy za lat kilka nie zostanie okrzyknięty najwybitniejszym polskim poetą. Największy konkurent Różewicza i to po sąsiedzku, z Wrocławia. Wyemigrował w latach 70. do Stanów, zmarł przed kilkoma dniami, od wielu miesięcy przeżywający w rozpaczy i samotności śmierć swojej żony dręczonej długą chorobą. Wcześniej definitywnie zerwał kontakt ze światem. Żyjąc w Chicago w zrujnowanym na poły domu, nie przyjmował gości, nie odbierał telefonów. Pielęgnował w sobie żal, chyba największy do rodaków, za obojętność, za niezrozumienie. Żal równie ogromny jak talent poetycki. Już sam tytuł tomiku „Słoje zadrzewne” jest podobny do nagłego szarpnięcia wyrzucającego wyobraźnię z utarych kolein w otwartą przestrzeń, a jakże ogromny, poznawczo wywrotowy, potencjał mają jego wiersze!
Wczoraj widziałem tomiki w księgarni na przecenie. Jeszcze tam. Jak długo.