Zmiana – powinno jej się poświęcić oddzielny traktat. Ogrom tego zagadnienia uzmysławia już zwykłe surfowanie po sieci albo też prozaiczne przyglądanie się sunącym po nieboskłonie chmurom. Zmiana bywa niezwykła, bywa pożądana, nieoczekiwana ale i rozczarowująca, ba, bywa i tragiczna w skutkach. O konieczności zmian mówią politycy, technolodzy zachłystują się innowacjami, ekonomiści śledzą trendy na światowych rynkach i giełdach. My także mamy czołobitny stosunek do zmiany odkąd na piedestał wyniesiono ideę autokreacji i samorozwoju. Takie kombinacje – ze zmianą jako leitmotivem – można mnożyć w nieskończoność. Człowiek jest podmiotem zmiany, gdy sam ją inicjuje, jest też – chyba częściej – jej przedmiotem. Trudno więc odmówiać sobie prawa do fascynowania się tym pojęciem i zjawiskiem. Na gruncie konkretnej nauki „zmiana” da się jeszcze umiejscowić w przypisanym do tejże specjalności teoretycznym ładzie. Gorzej ze światem, tu ponowoczesność zafundował nam nie lada bigos.
Zmiany stała się bowiem rodzajem fetyszu ponowoczesności, pędzącej nie tyle przed siebie, co we wszystkim kierunkach na raz. Trudno zliczyć strony internetowe tworzone niejako w hołdzie zmianie, modyfikacji samej w sobie. Nie ma w nich nic poza czystą fascynacją tym wszechobecnym zjawiskiem. To jest jak ciągle oddalający się horyzont. Nie ma kresu, żadnego punktu docelowego. Tropienie zmian, nowinek staje się samoistnym celem, perwersyjną zabawą, której w uczestnik nie znajduje wytchnienia tylko ekscytację.
Ponowoczesność z przejawiającą się w różnoraki sposób apoteozą „zmiany” wystawia nas na próbę z rodzaju tych ostatecznych. Bo przecież w tym samym momencie swą potencjalność przejawia zagłada ( dajmy na to: zamach terrorystyczny, po którym w miastach wszędzie gasną światła, w dół pikują indeksy giełdowe, a tłumy wściekłych i przestraszonych ludzi wszczynają na wielką skalę zamieszki) i zbawienny dla ludzkości przełom technologiczny ( np. zimna fuzja jądrowa – wymarzone niewyczerpane i bezpieczne źródło energii). Takie przeciwstawne scenariusze są źródłem podskórnych napięć. Są one tym mocniej wyczuwane, im świat bardziej wydaje nam być się powiązany, a więc coraz bardziej odsłonięty, rzec można, bezbronny.
Gdy zmieniający się świat nie mieści się w ramach normalnej percepcji, staja się bardziej wyzwaniem niż przedmiotem kontemplacji, narasta pokusa zakwestionowania nas samych.

via
Popatrzmy na eksperymenty z cielesnością. Nawet zgoła niewinne dowodzą często perswazyjnej siły jaką uosabia autonomiczny kult zmiany. Czy jeśli nie nadążamy za tempem technologicznej ewolucji, nie jesteśmy w stanie przyswoić i opanować jej efektów, (unieważnionych bardzo szybko przez kolejne techniczne dokonania), to czy nie rodzi w nas się pokusa jakieś ostatecznej transgresji. Dojścia do ostatecznego kresu?