Bure i chaotyczne otoczenie – takim widzę moje miasto, gdy za każdym razem przemierzam jego ulice. Nie żebym lazł przed siebie ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nie daje się też masochistycznie wodzić za nos depresji. Mam usposobienie pogodne, czuje się dziedzicznie uodporniony na wszelkie malkontenctwo. Ale me rodzime miasto wbrew, ochom i achom turystów, nie wypada najlepiej w konfrontacji z moim prywatnym (a dlaczego by nie) wyobrażeniem miejskiej przestrzeni.
(Doug Aitken)
Banalne: nie wystarczy wytyczyć drogę, postawić parę domów, aby uczynić miejsce przyjaznym. wrocławski Nowy Dwór lub Kozanów są przykładem na to, że prymitywny urbanistyczny koncept – urokliwy niczym sowieckie koszary – zamienia mieszkańców w ofiary, najpierw projektantów i biurokratów, a potem osiedlowej administracji, chuliganerii, w końcu permanentnie szwankującej infrastruktury.
W przypadku wielkich blokowisk, gdzie anonimowość jest zmorą, a lęk przed agresją wpisany w codzienną egzystencje, życiowym aksjomatem jest adaptacja. To optymalny, a zarazem jednym sposób egzystencji. Żadnych szans na zmianę, chyba że w grę wchodzi przeprowadzka.
Wysyp ekskluzywnych (w opinii projektantów) osiedli–oaz, ogrodzonych i strzeżonych przez kamery i ochroniarzy, jest tylko li odreagowaniem tego stanu rzeczy, dobitnym potwierdzeniem, że liczy się bezpieczeństwo i nic poza tym. Ale czy poczucie bezpieczeństwa jest tożsame z poczuciem obcowania w przyjaznym i kojącym zmysły sąsiedztwie?
(Doug Aitken)
Szukanie pociechy i ukojenia w komfortowych i przestronnych (?) pasażach galerii handlowych dowodzi tylko bezradności. Ludzie-konsumenci przychodzą tam na randki, rodzinne spacery, bo odnajdują w pieczołowicie zaaranżowanych i sterylnych pomieszczeniach, wyłożonych towarami, komfort, którego tak im brakuje. Ale centra handlowe nigdy nie wykraczają poza stricto – użytkowe przeznaczenie. Nie są nośnikiem żadnych treści ani estetyki poza merkantylną.
(Doug Aitken)
Każda próba, nawet spontanicznej zabawy, czyli zgoła niewinne zakwestionowanie tego porządku, spotyka się z ripostą ochrony. Czy ktoś z was próbował robić w galerii zdjęcia albo grał na gitarze, jak zdarza się, dajmy na to, na starówce w jakimkolwiek mieście? Takie ludyczne przygodne zachowania, o ile przyjazne, decydują o pozytywnym klimacie miejsca. Ono zaś nawarstwia się, przeobraża, podlega modyfikacji i utrwala w prywatnych historiach, zdjęciach, opisach, plotkach – współtworzy kulturę. Czy jest tak z galeriami handlowymi (sprawiają wrażenie solidnych budowli, lecz w gruncie rzeczy są tymczasowe, pozbawione kulturotwórczego znaczenia, chyba że chodzi o Mckulturę). Jaki wkład w tworzenie wspólnej przyjaznej przestrzeni mają też odseparowane od otoczenia – definiujące przypadkowego spacerowicz z zewnątrz niemal jako intruza – komfortowe osiedla naszych dorobkiewiczów?
***
Co dopełnia ten dojmujący obraz? Manifestowany niemal na każdym kroku brak troski o przestrzeń publiczną. W przeobrażającej się wielkomiejskiej zabudowie, będącej polem bitwy o jak najdobitniej manifestowaną dominację, atrakcyjnie zagospodarowanej publicznej przestrzeni jest jak na lekarstwo. Zaniedbana i dewastowana w czasach siermiężnego peerelu teraz pada łupem rozgorączkowanej kapitalistycznej aktywności. Do szpecących nasz miejski krajobraz bilbordów i banerów zdołaliśmy już przywyknąć. Chaos spowodowany przez nie już nie razi, w naszym mniemaniu jest nierozłączne związany z kapitalistyczną rzeczywistością,. Może więc, idąc tym tropem, należy uznać powstające jak grzyby po deszczu biurowce – chłodne i w wyrachowany sposób narcystyczne – (bo symbolizujące pzede wszystkim potęgę) za kwintesencję tego porządku i ukoronowanie naszych marzeń? Czy łatwo nam będzie pożegnać się z dziecięcym zachwytem i ulgę jaką daje obcowanie z przyrodą? Kto nam ostatecznie wmówi, że brak nam wyobraźni, wrażliwości i gustu?
(Doug Aitken) więcej