Socjalna, a może liberalna – oto zasadniczy dylemat publicystów oddający się spekulacjom, jaką to Polskę zafundują nam (za dobrych parę tygodni) zwycięzcy wyborów. Niby wszystko w rękach elektoratów, które w niedzielę namaszczą triumfatorów wyścigu po władze. Ale śmiem powątpiewać, czy ktokolwiek z uczestników tej gry jest w stanie z pełną świadomością powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? Bo przecież wyborcy, konfrontowani z całą masą nic nie mówiących plakatów, nie są w stanie wyczytać z nich programów, których zresztą nie są do końca pewni sami ich autorzy. Dajmy na to PiS. Partia uważa się za prawicową, a ma etatystyczny program, którego nie ośmieliłby się swego czasu promować lewicowy Sojusz z obawy przed zarzutami o nadmierny radykalizm. A Platforma Obywatelska? Liberałowie, którzy nie chcą liberalizacji ustawy antyaborcyjnej i legalizacji związków homoseksualnych? O zamordystycznie i autarkicznie zorientowanych LPR i Samoobronie, nie wspomnę, bo przecież ci szczerzy obrońcy demokracji, skłonni byliby mi wytyczyć proces o zniesławienie.