“Factotum” ogląda się jak slideshow ułożony z efektownych zdjęć we Flickr-u i pod tym względem dzieło Bena Hamera sięga estetycznych szczytów. Kadry i barwy są tak wysmakowane, że aż zapomina się o czym w ogóle jest filmowa historia. Zagubionym w wizualnej arkadii przypomnę, że rzecz dotyczy Chinaskiego, obiboka, pijanicy, literackiego alter ego pisarza Ch. Bukowskiego, demaskatora amerykańskiego złotego mitu o selfmanie. I tu „Factotum’ zawodzi, gdyż Bukowskiego, faceta z krwi , kości, spermy, w filmie jest cień zaledwie. Jego słynny, celebrowany po literacku pociąg do alkoholu i poharatanych życiowo kobiet jest tu ledwie maźnięty ręką reżysera, który za to oddaje się precyzyjnemu odmalowywaniu anonimowego krajobrazu. Przyznam, że bohaterowie „Leaving Las Vegas” i „Ćmy barowej” wypadają bardziej wiarygodnie.
Zachodząc w głowę, skąd owa wstrzemięźliwość w nadaniu postaci Chinaskiego wyrazistości, myślę sobie, że Ben Hamer nigdy nie był w sztok zalany i niejako z drugiej ręki zna pijacką wylewność, desperację buzującą uwolnionymi – jak dżin z butelki – emocjami. Stan ten jest mu obcy i nieprzejrzysty niczym kliniczny opis z podręcznika medycyny,
Skromne i zdawkowe – aż do przesady – są dialogi. Gdyby nie amerykańskie liche hotele, zaułki i ulice, można by uznać, że akcja „Faktotum” dzieje się wśród dręczonych chorobliwą depresją Norwegów, wyrzuconych przez parszywy los, gdzieś za koło podbiegunowe.
Zaskakująco dobrze wypadł Matt Dillon, aczkolwiek nadal ma urodę kiczowatego
Don Juana. Zwalistą sylwetką zajmuje pół ekranu, a to za mało, by przypominać Bukowskiego, wyglądającego zresztą jak wzorcowy menel.

Dillon bardziej mruczy niż peroruje, na jego twarzy trudno dopatrzeć się napięcia typowanego dla osobników trawionych ambicjami. Dillon przyjmuje porażki ze stoickim spokojem, nie żywi do nikogo urazy i w tym zdaje się przypominać Bukowskiego.