Może palenie samochodów sprawia im – po prostu – frajdę? Może zasmakowali w chuligańskiej brawurze rozsławionej w hip hopowych songach? Może wreszcie mogą się odegrać na znienawidzonej policji, która prewencyjnie zwykła ich wyłapywać na stacjach metra, gdy wybierali się z betonowych blokowisk do centrum, powłóczyć po eleganckich pasażach?

Paryskie zamieszki trwają kolejny dzień i mają w sobie coś z anarchistycznej rewolty, która wprawia w neurotyczną trwogę większość przyssaną do telewizorów. Widzicie, to my, jesteśmy wściekli i nieujarzmieni, więc jeśli odrzucaliście naszą realność, to pokażemy wam, jak wygląda świat urządzony na naszych warunkach! Mówicie, że to są wasze samochody, wasze sklepy i domy. Nieprawda! Są nasze, możemy je spalić!
Akty gwałtu z pozoru są chaotyczne i nieoczekiwane jak tsunami. To reakcja łańcuchowa: od wykluczenia, frustracji po eksplozję. Jeśli do tego dorzucimy ułatwiające mobilizację: sms, komórki, Internet, mamy miejską guerrilę. Takie zamieszki nie wydarzyły się i nie wydarzą tam, gdzie nie ma gett.
Dzielnica Watts w Los Angeles, lato 1965 roku. Zgoła niepozorna sprzeczka pomiędzy przechodniami a policją drogową zamienia się w dwudniowe zamieszki. Płoną sklepy, płoną domy, giną 32 osoby, a blisko tysiąc jest ranne. Do Watts wkracza Gwardia Narodowa. To był
bunt czarnej biedoty, nie przeciwko Białym lecz bogactwu; Martin Luter King uznał dramatyczne wydarzenia za zamieszki klasowe.
Paryż jest otoczony betonowymi osiedlami zasiedlonymi przez kolorową biedotę, rodzinami nierzadko w trzecim pokoleniu bez pracy, z własnej lub nie, winy. Jak kłopotliwe w skutkach może być tolerowanie tego stanu rzeczy, doświadczamy właśnie teraz. Bijące się z policją gangi nastolatków tworzą nową mitologię, nowych bohaterów, jednoczących gettową społeczność. To może być zaczyn poważniejszych kłopotów, jeśli w porę politycy nie pójdą po rozum do głowy i nie zaproponują (w skali Europy) kompleksowych rozwiązań, w których emigranci będą podmiotem, a nie jak to arogancko ujął Nicola Sarkozy: szumowinami. Tu nie chodzi oto, by ulec presji, tylko o to, by rozbroić tykającą bombę zegarową.