Chris zamawia w przerwie koncertu dla siebie i Matta Elliota whiskey, będą sączyć ją na scenie. „Drinking songs” jeden po drugim, nieśpiesznie, niby od niechcenia ocierającego się o rezygnację, bez umizgów w stronę słuchaczy. Tak było w sobotę w klubie Firlej. Chyba najlepszy koncert, jaki mogłem sobie wymarzyć na koniec roku. Teraz czekam wiosny i kolejnej płyty Matta Elliota.
Zasadniczy projekt – Third Eye Foundation – wirujące strzępy ulotnych melodii wrzuconych w powichrowany mroczny drum & bass i jungle. Psychodeliczne pasaże nawiedzane przez neurotyczne rytmy i mistyczne inklinacje.

Matt Elliot posiadł w sposób nieomal genialny umiejętność komponowania melancholijnych utworów, których nostalgia i smutek zmierzają nieuchonnie ku egzystencjalnej prawdzie (sic!). Gdy na koncercie słuchałem utworu „The Kursk” przez kark przechodziły dreszcze. Ostatnia pieśń nucona przez marynarzy, którym lodowata woda niesie śmierć.