Pochylony nad wielkim płótnem, zamaszystymi ruchami bryzgający nań farbą z puszki. Niczym w transie, pochłonięty malowaniem już dawno zapomniał o dogasającym w ustach papierosie. Popiół miesza się z farbą…
Jackson Pollock uchwycony przez fotografa bardziej przypomina tu robotnika niż skupionego na swej pracy artystę. Gdzieś napisano o nim, że to ‘depresyjny, zalkoholizowny samotnik wijący się w szamańskim tańcu nad płótnem”. W tych słowach jest wiele wrogiej wobec Pollocka przesady, ale też poniekąd strachu przed pierwotnymi siłami, które dochodzą tu do głosu dzięki bezkompromisowemu artyście.
W tym dzikimi malarstwie można doszukiwać się wręcz animistycznych mocy, jakie wyzwalał w ludziach choćby jazz przeżywający w czasach Pollocka prawdziwy rozkwit. Wielkie płótna wypełnione wielokolorowym oceanem wijących się spiral, plam i kropek antycypują też wówczas mozolnie dopiero odkrywany przez biologów i fizyków wewnętrzny świat komórek lub odległego kosmosu. Pulsujące niepokojącym ruchem obrazy są też jak kadr, na którym uchwycono trajektorie i kolizje tajemniczych istot.
„Autum rythm” „One”, „Number 32” – to są misteria, niestety odarte z mocy przez kopistów, epigonów, hochsztaplerów. Odżywają dopiero wtedy, gdy zawieszając cała swą wiedzę i nastawienie, widzimy w tych obrazach manifestację ludzkiej pasji.
O J. Pollocku krytycznie