Kolędy lecą z głośników, chociaż to post, nie dziwi więc, że i mnie trawi przedświąteczna gorączka. Mam aż dreszcze z konsumenckiego wycieńczenia. Jednak zamiast powabnych śnieżynek i farbowanego Mikołaja z reklamówką pełną promocyjnych gadżetów wyczekuję cudu za sprawą San Precario.
To wykoncypowany przez włoskich „alternatywistów” zbuntowany święty, patron pracowników najemnych, tymczasowych wyrobników z hipermarketów, freelancerów i nieetatowców wszelkiej maści. Mam już obrazek rozmodlonego San Precario nad biurkiem w pracy.
Jest w tym pomyśle i ironia, i wywrotowość, lekka zgrywa i ostry karnawał. Doza religijnego bałwochwalstwa też się znajdzie. Lek na utrapienia ponowoczesnych czasów, które bez oporów – rękami piewców wolnego rynku i postępu – składają nas, Bogu ducha winnych ludzi, na ołtarzu elastyczności, mobilności i cięcia kosztow pracy..
Amen… Idę wziąć apap, bo chyba nie doczekam się cudu.