Powoli zanika moja tolerancja wobec zbliżającej się wielkimi susami powszechnej celebracji upływającego czasu. Co tu świętować i wedle jakiego kalendarze? Juliańskiego, gregoriańskiego, a może nieodżałowanych Majów? Zdaje się, że ów sylwestowy pęd ku uwaleniu się i ludycznej histerii maskują tylko nasze egzystencjale rozsterki, jakie wywołuje nader złożona i niepojęta problematyczność naszego skończonego żywota na tym wesołym (od czasu do czasu) padole łez.
Ten potok zgryźliwości (sic!) wcale nie wynika z apetytu na nieśmiertelność. Uff. Teologiczny koncept, jakoby wieczność była równoczesnym zawładnięciem wszystkimi chwilami, raczej powala swą absurdalnością niż podnosi na duchu. W fantazyjnej, acz mądrej powiastce Jorge Luis Borges opisał nieśmiertelnych mieszkanców pewnej krainy: zrezygnowanych osobników leżących w letargu w wydrążony przez siebie jamach.
Brak nadziei, brak celów, oto banalne w swej prostocie doświadczanie uroków nieśmiertelności, które unieważnia sens życia. Proste, jak amen w pacieżu…
Tymczasem w najlepsze – na szczęście – udziela się wszystkim nieszkodliwa mania podsumowań i noworocznych zobowiązań. Jestem wobec tej fali bezradny. Może warto się określić, nim pochłonie nas fala noworocznych uniesień?