Broken Social Scene – z nimi chciałbym spędzić kolejnego sylwestra.


Wyobrażam sobie ową paczkę na koncercie w Polsce. Zatem, nabity klub, na scenie chaos na potęgę: pięć gitar, dwa basy, bateria archaicznych klawiszy, trąbka, saksofon i klarnet, wielgachny zestaw perkusyjny. W tym pozornym rozgardiaszu narasta ściana dzwięku, a z niej kiełkują i nabierają krasy subtelne melodie, psychodeliczno-rockowe esy floresy, transowy koktail. Aż kręci się w głowie z wrażenia. Publika zauroczona, przy barze z każdą minutą puściej. Barmani też wniebowzięci, bo mogą się podelektować muzyką. Z każdą piosenką ciaśniej pod sceną. Zaczynają się tańce i ktoś wciska się pomiędzy muzyków. Mikrofon jak fajka pokoju przechodzi z ręki do ręki. Po koncercie wymęczeni bisami Kanadyjczycy, sącząc wódeczkę, kurtuazyjnie komplementują swoim nowonarodzonym fanom wątpliwą urodę polskich miast. A ja myślę, że w 2006 roku w końcu poflirtuje z Toronto, odwiedzę rodzinne gniazdo Broken Social Scene.. A co, raz do roku mogę pomarzyć; lepsze to niż marnowanie czasu na podsumowania.