Czyżby schyłek antygiertychowskiej rebelii? Wczoraj we Wrocławiu demonstrowała ledwie garstka lewicowców. Bez pomysłu, niemrawo, z mniejszą energią niż akwizytorzy ulotek reklamowych. Na nic zdał się obowiązkowy przemarsz dookoła ratusza. Demonstranci zaczęli akcje w kilkanaście osób i w tym gronie skończyli. Nie sądzę, by ze zdwojonym zapałem szykowali się do kolejnej manifestacji. A przecież dni parę temu było tak optymistycznie.
Zatem pewnego publicystę „Dziennika” ewidentnie uwiodła fantazja, gdy pisał, że oto obserwujemy polityczne przebudzenie młodzieży i to ona – a nie faktoidalne pokolenie JPII – będzie forpocztą zmian w Polsce. Odważnie i na wyrost powiedziane. Rzeczywistość, póki co, jest ciut inna.
Bynajmniej względem Roman Giertycha społeczeństwo nie zmieniło zdania. Lider LPR jak był nielubiany tak i będzie. Niechęć jaką wzbudza jest nieodzownym atrybutem tego polityka- nacjonalisty. Jakoś innego Giertych nie mogę sobie wyobrazić.
Niestety, polityków u nas tylko się ignoruje, obśmiewa w żartach, ewentualnie idzie do urn, by dać upust niechęci i zagrać im na nosie głosując na „nie”. Tyle obywatelskości, niczego więcej nie należy się po Polakach spodziewać.
Zresztą nadmiar lub deficyt popularność nigdy nie były legitymacją do sprawowania władzy. Wystarczy kilkanaście procent zdeterminowanych zwolenników (np. rodzina radia Maryja), którzy narzucą swą wizję i poglądy zdecydowanej większości obojętnych na to, w co i przez kogo zostaną wmanewrowani.
Jak podpowiada intuicja w tej sytuacji polityk LPR – po prostu – przeczeka zadymę. Wszak młodzież ma egzaminy, potem wakacje, on usadowiony za ministerialnym biurkiem będzie w tym czasie cicho knuł i robił swoje