Ten muzykalny gryzoń jest mniej upolityczniony od polskiego pobratymca znalezionego na „chomiksie”. Oba działają tonizująco na moje ego, rozchandryczone poniedziałkową nerwówką.
Dziś nie czytam gazet, nie wypatruje też newsów. Biorą rozbrat z politycznym maglem. Za to chwil parę zabawiłem na stronie Tima Jessella. Nigdy jako dzieciak nie lubiłem bajdurzenia o rycerzach, złotych rybkach, wilkach, wioskowych głupkach zbawiających królestwa i zabawiających królewny. Dziś nie udziela mi się potteromania ani kodo-mania. Wolę oglądać komiksy. Do szału doprowadza mnie fantasy uporczywie eksploatujące kiczowaty motyw muskularnych herosów i gibkich, piersiastych dziewoj w negliżu. Ale tematy, po które sięga Tim Jessell, choć wydają się ograne, czasem wręcz banalne, mają w sobie przewrotną świeżość, a bywa, że i dozę subtelnego humoru. Ilustracje działają na dużych i małych. Nie każdy artyta to potrafi.