Sporo się nasłuchałem i naczytałem o jego narkotykowych eskapadach wiodących go niemal na skraj autodestrukcji . Miałem wówczas 18 lat i to bardziej do mnie przemawiało niż muzyka Pink Floyd. (Zresztą zawsze wolałem punk rocka). Trochę Sydowi – na szczeniacki sposób – zazdrościłem owej straceńczej odwagi; a może już wówczas uważałem, że chodzi o głupotę. Pamięć zawodzi.
Nie ulega wątpliwości, był zagubionym geniuszem, którego wyjątkowość doprowadziła niemal do krańcowego postradania zmysłów; legendarny muzyk u szczytu sławy skazany na milczenie, nigdy nie odcinał od niej kuponów. Wyobrażałem sobie, że jest kolejną reinkarnacją Rimbaud’a. Poeta wybrał milczenie, zaś Syd malował.
Umarł mając 60 na karku, gdy wielu jego rówieśników koncertuje po świecie. Może mu zazdroszczą. Może wiedzą, że nigdy nie dorównają legendzie.