Niby wszystko oczywiste. Cena gazu i ropy idą się w górę, węgiel jest nieekologiczny. Polska – mając Rosję na karku – musi wybić się na energetyczną „niepodległość”. Trzeba budować elektrownie atomowe. Nie ma sensownej alternatywy. Zwolennicy i specjaliści już przekonują i dyskutują, gdzie i kiedy stawiać reaktory, a premier nadał tym spekulacjom w expose stosowną rangę.
Media nie za bardzo podjęły temat, ważąc za i przeciw. Cóż, od czasu katastrofy w Czarnobylu (20 lat temu) nie wydarzyło się nic, co przeraziłoby opinię publiczną na całym świecie. Warto chyba jednak wiedzieć z czym igramy i że nie wszystko jest pod kontrola. Technika, ludzie płatają figle. Skutki mogą być opłakane.

W zeszłym tygodniu doszło do awarii elektrowni w szwedzkim Forsmark. Przez 20 minut nie panowano nad sytuacją. Potem ze względów bezpieczeństwa unieruchomiono 4 z 10 elektrowni atomowych w Szwecji. Były dyrektor elektrowni w Forsmark przyznał: it was pure luck there wasn’t a meltdown ( „meltdown” to angielski odpowiednik naszego „topnienia”. Co się stopiło 20 lat temu w Czarnobylu? Rdzeń czwartego reaktora.)
Specjaliści oceniają że awaria w Forsmark była najpoważniejsza od czasu czarnobylskiej. Więcej na ten temat.
Jak pozorna jest akceptacja energii atomowej, pokazują np. nastroje wśród Francuzów. Choć kraj ten uchodzi za europejskiego potentata w energetyce atomowej, jego obywatele ów prymat kwestionują. Według sondażu przeprowadzonego przez agencję BVA, ponad 80 procent respondent chce referendum w sprawie rezygnacji Francji z programu energetyki atomowej.
Skąd ta rezerwa i sceptycyzm? Czy wiemy mniej od nich o zagrożeniach, kosztach i ewentualnych alternatywach, a może jesteśmy mniej zieloni, mniej przewrażliwieni?