Politycy prędzej czy później wezmą się za blogi. Sprecyzuję: będą pisać i to na potęgę. Trend to niechronny i przez niektórych – choćby autorów 5 władzy – gorączkowo wyczekiwany.
Nie wiem tylko, skąd ten entuzjazm. Chyba nie z wiary w czarodziejską różdżkę, za której przyczyną cudownie nam się odmieni i wydrośleje polska scena polityczna. Nie sądzę, żeby istniał jakikolwiek związek między blogosferą, a politycznym zbiorowiskiem. Nie znajduje też rozsądnego powodu, dla którego warto dopingować politykom i wprost ich zachęcać do prowadzenia blogów. Szkoda fatygi.
Prawda jest taka: blogosferze politycy-blogerzy do szczęścia nie są potrzebni i jeśli nawet nagle, zrazu pojedynczo, a potem w dzikim wyborczym pędzie politycy rzucą się do Internetu, to blogosfera wcale na tym nie zyska. Żaden imteresujący transfer pomiędzy tymi sferami nie nastąpi.
Być inaczej nie może – politycy traktują Internet, nowoczesną sferę komunikacji i kreacji, niczym mur, kawał sciany, słup; miejsca w sam raz na wyborczy plakat. I takie też są ich blogi.
Podkreślam: za naiwne uważam przekonanie, że wcielenie się polityków w rolę blogerów podziała terapeutycznie – niczym super pigułka – na wykoślawioną osobistymi urazami i emocjami polityczną debatę. Będziemy mieli więcej przecieków, plotek, wyimków z osobistych kalendarzy. Nic ponadto (z ulubionego zajęcia posła-blogera Ryszarda Czarneckiego mają pożytek głodni newsów dziennikarze).
Nawet gdyby założyć, że politycy spróbują się wznieść na wyżyny swoich intelektualnych możliwości, zawsze sprowadzi ich na ziemię nieubłagana logika i pragmatyzm politycznych zachowań, zasadniczo sprzecznych z logiką i dymaniką swobodnej i krytycznej wymiany myśli otwierającej drogę do weryfikacji swoich poglądów. Zatem bajkowo brzmi teza, iż za sprawą blogów prominentnych polityków przybędzie nam istotnych polemik, kluczowych analiz. Już widzę oczami wyobraźni jak Ryszard Czarnecki komentuje dajmy na to, hipotetyczny post Marka Siwca napisany w obronie szefów dyplomacji zaatakowanych przez Macierewicza. Wolne żarty.
Nieprzypadkowo politycy są tak nieskorzy do zamieszczania odsyłaczy. W nikłym stopniu odnoszą się do komentarzy, masowo ignorują fakt istnienia innych konkurencyjnych blogów. To blogowe getta, mentalne izolatki. W sumie politycy nie robią nic, o czym można byłoby ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że jest podyktowane ciekawością, pasją, ma związek z fascynacją Internetem, jego wspólnotowym aspektem
Co do kreacyjnego, innowacyjnego charakteru takich politycznych blogów- też jest zerowy. Żaden polityk, zafiksowany na punkcie własnej skuteczności, nie będzie traktował Internetu jako autonomicznej sfery, miejsca eksperymentów i zabawy, uprawiania swobodnej ekspresji. Reasumując – blog dla polityka to przede wszystkim autopromocyjna tuba.
By the way, czy politykom w ogóle potrzebna jest wiedza o istocie blogowania i czy w ogóle pojmują, skąd bierze się społeczny ferment wokół Internetu?
Oczywiście blogi polityków są w pewnym, acz niezamierzonym dla ich autorów – sensie pouczające, bywają ciekawe i śmieszne. Choćby intrygujący w swojej pretensjonalności „pamiętnik” Kazimierza Marcinkiewicza. Ex-premier zrazu głuchy na płynące z różnych stron sugestie (Kaziu dorośnij), odporny na krytykę, uporczywie hołubił w sobie nie polityczne wpływowe zwierzę lecz dzieciaka irytującego infantylnymi spostrzeżeniami na wszelakie tematy. Stąd wpisy o np. dziewczynach na dyskotece, o małżeńskiej miłości. Teraz już zdarza mu się składać obietnice wyborcze. Przewidywalna ewolucja przed wyborami.
Swoim blogiem Marcinkiewicz pokazał, że w odkrywaniu w sobie na nowo nastolatka wcale, a wcale nie musi przeszkadzać niedawne premierostwo.
Kto i jaki ma pożytek z takiego politycznego raptularza? Chyba nie posłowie pracujący w komisjach lub polityczni komentatorzy? Zapewne jakiś rodzaj satysfakcji mają czytelnicy plokarskiej prasy, na pewno radochę ma autor narcystycznie wpatrzony w swą popularność czyli w to, co najbardziej cenił będąc premierem.
Podam inny, jakże odmienny – i co podkreślę – złowrogi przykład rzekomej blogerskiej pasji z buzującego konfliktami regionu świata. Blog prezydenta Iranu. Ahmadinedżad ma duszę nie blogera lecz nawiedzonego, nasrożonego na świat wojownika walczącego z Szatanem czyli w swoim ograniczonym mniemaniu z USA i Izraelem. Wyjątkowy przykład sekciarstwa
I juz na koniec. To, że zapiski Ahmadinedżada pojawiły się Internecie nie oznacza bynajmniej kresu internetowej cenzury w tym kraju. Jak widać korzystanie z „sieci” wcale nie oznacza, że niejako „automatycznie” jakikolwiek prominentny czy anonimowy bloger staje się orędownikiem powszechnego dostępu do zasobów www, że pojmuje, jak ważne dla światowej społeczności jest nieograniczony dostęp i wymiana informacji.
W sumie chyba lepiej byłoby, gdyby właśnie takimi palącymi problemami zajęli się politycy, a nie marnowali czasu na pisanie promocyjnych pseudo-blogów.