W poszukiwaniu poparcia i kasy politycy biorą się za MySpace oraz inne społeczności sieciowe. I jak donosi WSJ są w tym „kolonizowaniu” całkiem ekspansywni. My Space’owy profil kongresmana mało dziwi; ba, w dobie klikania, surfowania wydaje się oczywisty.
Sieć sprowadza się do kontaktów i do manifestowanie swojej obecności. Koniec i kropka. Zatem jeśli z tego nader poręcznego narzędzia perswazji i komunikacji mogą dowolnie i do woli korzystać wszyscy, to czemu nie politycy?
Nawet jeśli starszawy gość pod krawatem zezujący na nas z profilowego zdjęcia wygląda w tym myspace’owym środowisku na rzeczywistego odmieńca, to całkiem cwanie kalkuluje, że ta jego obecność ma sens. Zawsze kogoś się „złowi” w wielomilionowej masie internatów.
Skądinąd sieć jest całkiem rozpolitykowana; prym wiodą w tym Amerykanie, reszta – z nami włącznie – robi za ogon. Ale ziarno już rzucone i czekać tylko, jak na Gronie lub innym serwisie pozakładają profile rozmaici kandydaci na prezydentów, posłów, by kusić wirtualnymi przymiotami ewentualnych sympatyków, wolontariuszy, wyborców. Chyba, że im się takiej partyjnej agitacji z góry zabroni. Stop partyjnej propagandzie w sieci? Czy to jest do wyobrażenia i do przyjęcia?
***
Polecam smartmobs – bogaty w informacje o nowinkach na temat społecznego wymiaru nowoczesnej komunikacji oraz netu.