Soniczy energizer. Chwilami pocieszyciel z oceanicznych głębin. Bywa, że ironiczny i przekorny niczym uliczny muzyk na rauszu. Zgoła niezbornie i niepozorne trio: Yo La Tengo. Jego płyty stoją na półce obok tuzów alternatywnego grania z różnych zakątków świat, bo i Yo La Tengo czerpie z rozmaitych źródeł. W muzyce jest i melancholia, i balladowa nostalgia, która bezpretensjonalnie przeplata się z gitarową nawałnicą. Zastanawia łatwość, z jaką zespół produkuje (czy to właściwe słowo?) kolejne płyty nie popadając w miałkość rutyniarzy, a jednocześnie pielęgnując antygwiazdorski sznyt.
Trio prowadzi wobec mnie – całkiem nieświadomie – iście ratunkową misję: regularnie wydobywając mnie z okowów kąsającej chandry.

Im bardziej zżymam się i srożę na codzienność. Im bardziej markotnieje, wcale nie z powodu jesiennej aury, lecz wszechobecnej galopady, polityków, gazet, telewizji, ludzi spieszących z roboty i do roboty, na kolejne udane zakupy, gdziekolwiek, byle prędzej, tym bardziej wracam do tej muzyki na tyle dojrzałej i magicznej, by mogła uratować mnie z kolejnej mentalnej opresji nakręcającego się wokoło amoku.