…Opętańcza pokoleniowa impreza, cała w kłębach tytoniowego dymu i kompletnie zwariowana…wszyscy siedzieli razem, różne ciekawe grupki przy różnych stołach…a tam na wzniesieniu, Bird Parker z uroczystym wyrazem oczu…… wydmuchiwał z saksofonu zwariowane teraz-już-ułozone-w-regularne-sekwencje-nuty; łomot perkusji, sufit gdzieś wysoko…

Tak bitnikowe klimaty utrwalił Jack Kerouac (cytuję za Ronaldem Sukenickiem i jego „Nowojorską bohemą”). Kerouac do perfekcji opanował jazzową frazę. Pisał w uniesieniu, bez wytchnienia. Opętańczo.
“W drodze”, moja ulubiona powieść, ponownie – w nowym przekładzie – trafiła do księgarni. Ja marzę o oryginale. Nie tym nieosiągalnym; nie o powiesci napisanej na wielkiej rolce papieru, ale, zwyczajnie, wydanej masowo, w języku angielskim.

To Jack, jak żywy, w pełni podrasowanych telewizyjnych kolorów. Jack ugrzeczniony z 1959 roku w telewizyjnym studio czytający „W drodze”. Wówczas zasmakował już gorzkiej sławy, z którą – jak wielu mu podobnych głodnych duchów – nie potrafił sobie poradzić.

j

Ronald Sukenick zapamiętał Kerouaca pod koniec jego spartolonego życia (choć pisarz z bitnikowską dezynwolturą zwykł mawiać: fakt, iż każdy umiera, czyni świat dobrym)

…robił się coraz bardziej konserwatywny, antysemicki, zamknięty w sobie i… zapijaczony…