Manuela Gretkowska objeżdża Polskę agitując za Partią Kobiet. Przekaz jest prosty: potrzeby jest narodowy feminizm. Złośliwi komentują, że pisarce bardziej chodzi o medialny rozgłos niż o ferment na scenie politycznej. Mniejsza z tym. Fakt jest bezsprzeczny: panie są w natarciu; zresztą bardzo dobrze.
Nie zamierzam rozwodzić się nad problemami, z którymi mocuje się feminizm: dyskryminacja, mobbing i sexizm są na porządku dziennym. Jednak w tym „blogowym” ujęciu interesują mnie bardziej odpryski od mainstreamu, marginalia i o nich chce pisać.
Ot chociażby taki ruch grrl riot . Kapele zaistniały jak wirus, siały spustoszenie w głowach i uszach. I choć w dużej części są historią, owa rebeliancka aura pozostała, daje się ją wyczuć w poczynaniach naśladowczyń. Niewiele kapel z tego nurtu dała się przerobić w lekkostrawne popowe zabawki.

Inny przykład – Pilllow Fight Leauge – tu z kolei dopatrzyłem się śladów punkowej zgrywy, zahaczającej o groteskę. Można się spierać, na ile dziewczyny okładające się na ringu poduszkami traktują to jako zabawę, a na ile jest to praca (wyczerpująca) i kto czerpie z tego przyjemność: one, publiczność, a może przede wszystkim pomysłodawca ligi – komik i filmowiec z okołopunkowym rodowodem Stacey Case. Co o tym sądzicie? Ja z dwojga złego wolę to niż damski boks.