Słuchałem śniadania w Radiu Zet – polityczna wolna amerykanka, w czasie której można coś przegryźć, pościemniać, a przede wszystkim dowalić rywalowi. Żaden tam wyrafinowany pojedynek na argumenty, raczej zwariowane latynoska „lucha libre”, czyli bijatyka, którą uskuteczniają ku uciesze widzów cudaczni przebierańcy.
Nikt tego nie traktuje poważnie. A jednak uchodzi za coś więcej niż cyrk.
Malcolm Venville sfotografował ponad 150 zawodników „lucha libre”. A gdyby tak u nas zorganizować podobną ligę? W końcu nie wszyscy, którzy chcą pokazać się innym i udowodnić, jacy są ważni, muszą parać się polityką.