Zakłady pracy organizowały dojazdy, dawały wolne. Tak wielu było chętnych, którzy w lipcu 1946 roku na Wielkiej Górze w Gdańsku całymi rodzinami oglądali wieszanie 11 niemieckich zbrodniarzy. Niektórzy twierdzą, że zebrało się wówczas 50 tysięcy, a może cztery razy tyle gapiów. O mało znanym, skrywanym raczej epizodzie pisze w lutowych „Charakterach” Bartłomiej Rabij.
Czytałem i byłem zszokowany. Mniej, że nazistowskich oprawców zabijano publicznie. Bardziej, że ludzie wyrywali sobie buty wisielców i sznur, bo rzekomo przynosi wyjątkowe szczęście.
Śmierć Arthura Greisera, gauleitera Kraju Warty, na stokach Cytadeli, sfilmowano, a potem – jak twiedzi Rabij- pokazano w telewizji. Dziś o prawa do filmu walczą sądownie spadkobiercy skazańca.
Jak mają się historyczne fakty do kasandrycznych utyskiwań nad współczesnym zdziczeniem obyczajów? Nie żyjemy w bardziej barbarzyńskich czasach, na pewno władza nie legitymizuje zemsty w tak jednoznaczny sposób, by skanalizować społeczne frustracje. W sieci, dobrze o tym wiemy, roi się od odrażających scen egzekucji, tortur, wypadków, ale też nie wydaje się, by w psychopatycznej fascynacji tymi obrazami przekroczona został granica. To nadal wstydliwe marginalium.
Publiczne egzekucje uchodzą za aberrację nie przystającą do standardów cywilizowanego świata, choć nie brakuje głosów, iż krwawe widowiska wywarłyby pozytywny efekt na zbiorową psychikę.
Ten rodzaj fatalistycznego skądinąd rozumowania (historia jest zawsze okrutna) pobrzmiewa w wypowiedziach poety Jarosława Marka Rymkiewicza.
Spowiadając się dla „Rzeczpospolitej” na temat ostatniego dzieła „Wieszanie’ (traktuje z grubsza o linczach dokonywanych przez pospólstwo podczas Insurekcji Kościuszkowskiej) Rymkiewicz uznaje „wieszanie” za sensowną alternatywę dla Okrągłego Stołu.
Uff, sięgnąłem dla oddechu po „Przekrój”, a w nim felieton Łukasza Drewniaka o Krzysztofie Warlikowskim. Nastroił mnie optymistycznie. Jakże to? Reżyser bulwersujący teatralnym wyrywaniem trzewi, katujący widzów spazmami, na przemian ekstazy i agonii? A tak to. Teatr to misterium, mimo całej umowności (a może dzięki niej) ma moc katharsis i terapii. W tym uproszczonym sensie (sublimując domagającego się krwi Thanatosa) teatr z powodzeniem zastępuje… publiczne egzekucje.