Zdjęcie:„Scott Beale/Laughing Squid”

Poniedziałek – everything is ok. Dawno nie natknąłem się w okolicy na policyjny patrol. Żadnych nagłych spazmów przemocy, ledwie co weekend powtarzane pijackie mantry kolesi okupujących przystankową wiatę; cichną nagle jak nagle podjeżdża nocny autobus.

Myślę o desperacji i o agresji, powodowanych jałowością życia i wymierzonych w to, co owej jałowości, napierającej z zewnątrz, jest przyczyną.
Puchnące w oczach centra handlowe, gonitwa za kasą i ucieczka przed rakiem, zapakowani sterylnie w garnitury i garsonki strażnicy komfortu, profesjonalizmu i ładu, serwujący siebie na designerskich wizytówkach.
Myślę i czytam „Podziemny krag”, powieść lepszą niż film. Psychopatyczny bohater, którego ze stuporu normalności wyzwala dopiero szaleństwo. Powieść – diagnoza ostra jak skalpel, rzeczywistości zamienionej w biurowiec.

Takiego ładunku neurotyzmu, jaki serwuje czytelnikowi Chuck Paluhniuk nie mają wszystkie płyty radiohead razem wzięte.
Nihilistyczna rewolta nie jest żadnym pocieszeniem, żadnym antidotum. Pisze też o tym Jadwiga Staniszkis w ostatniej „Europie”: „brudne wspólnoty”, spajane przez przemoc, w gruncie rzeczy bezbronne; pozorne przymierza .

Może ratunkiem jest karnawał, chwilowe odwrócenie porządku. Takie poczucie wspólnoty fundowane na radości i uldze, katharsis kierujące spojrzenie w stronę drugiego człowieka.
A może rewolta odmierzana krokami niespiesznych spacerowiczów?