Jestem świeżo po lekturze brytyjskiego „Prospectu”, który poprosił stu naukowców, dziennikarzy, artystów (m.in. B. Eno. A. Giddensa. J. Riffkina) o wskazanie kluczowych konfliktów XXI wieku.
Kosmopolitanie vs. patrioci, globalne kontra lokalne, technologia kontra duchowość, rywalizacja zelotów (wszelkiej maści fundamentalistów) z realistami (pragmatycy i technokraci) – to wyimki z długiej listy. Co oczywiste, padają głosy sugerujące ponadczasowość sporu lewicy z prawicą, zwracające uwagę na dramatyczne skutki ścierania się bogatej Północy z ubogim Południem albo mówiące o rywalizacji liberalizmu z autorytaryzmem.
W tym teoretycznym galimatiasie można umiejscowić także i nasza Rospudę.
Walka o zachowanie cennego obszaru dzikiej przyrody zainicjowała mgławicowy, efemeryczny alians rozmaitych środowisk i ludzi. Co ciekawsze, konflikt z biurokratami i rzecznikami poprowadzenia drogi przez dolinę, bardziej wpisuje się w którąś z powyższych dychotomii niż jałowe, buzujące emocjami polityczne spory o lustrację, dekomunizację, deubekizację, czy też politykę historyczną.
Czy oznaczy to, że Rospuda jest ważniejsza? Z perspektywy Europy – tak.
Rzecz w tym, że rodzime swary, pyskówki i podchody wokół katalogu spraw ułożonych wedle pisowskich ambicji, utwierdzają naszą peryferyjność. Dajemy się uwieść emocjom, jakby gra toczyła się na najwyższą stawkę. A przecież Czwarta RP to zlepek niespójnych wizji i ideologicznych zaklęć, nie dających się przełożyć na język politycznych debat, którymi żyje Europa. (Ma swe znaczenie fakt, że PiS należy do nieliczącej się niszowej prawicowej frakcji w Parlamencie Europejskim, a nie do mainstreamu)
Poza naszymi opłotkami mało kogo zainteresuje ciekawa skądinąd książka ks. Isakowicza, autolustracja duchownych, tudzież zamieszanie wokół WSI. Pewne jest, że jakiekolwiek rozstrzygnięcia w tej lustracyjno dekomunizacyjno-historycznej materii nie będą miały żadnego znaczenia dla reszty świata.
Ostatnim naszym „udziałem” w kształtowaniu Europy, który przebił się do umysłu przeciętnego Europejczyka była Solidarność oraz pokojowa transformacja 1989 roku, ewentualnie dla niektórych środowisk Jan Paweł II.
Wracając do konfliktu o Rospudę. O czym świadczy? Że społeczeństwo nabywa świadomości globalnych problemów, uczy się rozumienia obowiązków i przywilejów wynikających z europejskich powiązań. Znamienne, że opinie, jakoby Komisja Europejska wtrącała się w nieswoje sprawy są marginalne.

Tymczasem premier J. Kaczyński rzucając pomysł referendum raz to regionalnego, raz to ogólnopolskiego, krytykując ekologów, by między słowami zaraz ich kokietować, próbuje przejąć kontrole nad konfliktem i czyni to po omacku.

I tak jak dotąd mu się to udawało, gdy dyscyplinował koalicjantów, etykietował opozycję, przyśpieszał i wyznaczał obszary politycznej rywalizacji, by mobilizować swój elektorat, tak teraz traci inicjatywę; po prostu się gubi. Dlaczego? Bo kompletnie nie rozumie, o co w tym sporze chodzi. Ideologiczna frazeologia, którą zwykł posługiwać się PiS ma się nijak do ekologii. Więcej, staje się bezużyteczna, archaiczna.
Rząd nie potrafi przestawić konfliktu na tory walki politycznej, bo nie ma ku temu narzędzi. Nie może nazwać ekologów obrońcami układu. Może jedynie próbować ośmieszyć w tabloidowym stylu jak czyni to rechotliwie red. Warzecha.
Ekolodzy – na szczęście – umiejętnie unikają upolitycznienia, tym samym ludzie postrzegają spór w kategoriach kompetencyjnych. A ekolodzy nawiązując alians z UE zdają się owe kompetencje uosabiać. I oby tak zostało.