Wrocław nie był dziś „miastem spotkań”, choć tak się promuje. Nie był też miastem tolerancji i normalności. Był miastem rasistowskich ekscesów faszyzującej chuliganerii spod znaku NOP i Zadrugi. Skandujący skini paradowali po rynku niczym bojówkarze SA w najgorszych nazistowskich czasach. Rwali się do bitki jak ich protoplaści w brunatnych mundurach.
Żeby była jasność, urząd miejski wydał na to zgodę.
Że 21 marca jest Międzynarodowym Dniem Walki z Dyskryminacją Rasową, to już urzędnikom wpatrzonym w paragrafy nie przyszło do głowy. Cóż, prawo jest prawem, ale dlaczego kpić ze zdrowego rozsądku?
Czułem się podwójnie zażenowany, widokiem policjantów uzbrojonych w długą broń gładkolufową i miotacze gazu jak pacyfikują antyrasistowską kontrmanifestację. Środek miasta i rojno od zaskoczonych przechodniów.
Było mi jeszcze głupiej, gdybym musiał tłumaczyć obcokrajowcowi, o co w tym wszystkim chodzi. Może Wrocław jest europejski, ale tylko w porywach, za odmalowanej fasady wyziera paskudna gęba.