Towarzystwo przypomina dzikie plemię na kwasie, które uszło cało z globalnej katastrofy. Zgoła eksplodujące połączenie: pustynia, mrowie ludzi, gigantyczne instalacje, happeningi, performance’a. Breton i spółka byliby lekko zdziwieni.
Burning man wydaje się wymarzoną propozycją dla kogoś, kto w ekspresowym tempie chce zaliczyć kurs: trybalizm i sztuka w ponowoczesnych czasach.
Trochę klimatów rodem z apokaliptycznego mad maxa, do tego uwolnione ze smyczy libido, akceptacja dla indywidualnych „odjazdów”. W sumie, całkiem niezły kop dla wyjałowionej rutyniarskim życiem wyobraźni. Inaczej rzecz ujmując: elektryczny prysznic, pod kontrolą.

Swoją drogą, co też uczestnicy burning mana porabiają na co dzień. Klną na czym świat stoi przykuci do biurek, taśm produkcyjnych, znudzeni monotonią uczelnianego życia uprawiają w weekendy równie nudny clubbing? Może uczą w szkołach. Albo też modlą się do swoich psychodelicznych demonów?