Co po marzeniach, które sięgają nieba, jeśli nogi potykają się o dziury. Tak można skwitować wrocławskie harce wokół Expo 2012. Sęk w tym, że o ile miejskie widoki ( z dworcowym szczególnie) utwierdzają mnie w iluzoryczności tych ambicji, to jednak wszyscy zdają się namiętnie uczestniczyć w biciu promocyjnej piany. Pal licho prezydenta Dutkiewicza i to czy w ogóle wierzy w to, co mówi. Ile w tym nowoczesnego piaru, medialnego zadęcia, a ile trzeźwej kalkulacji.
Pal licho ludzi robiących tylko na propagandzie wokół Expo dobry interes. Aby była jasność – interes głównie na użytek krajowej polityki .
Zbyłbym milczeniem także rachitycznych adwersarzy władz miasta, którym wystarczy ledwie energii na monotonne i jałowe utyskiwanie, a brakuje weny, by zaproponować coś zamiast expomanii, inny projekt, koncept, wokół których warto budować wrocławską tożsamości i wrocławską społeczność. Bo przecież nikt nie będzie miał pożytku z powszechnego rozczarowania, że para poszła w gwizdek, że obeszliśmy się ze smakiem, że nici z marzeń o Expo. Chyba nikt też nie uzna za sensowny pomysł startować po raz trzeci…To byłaby czysta groteska.
Do zajęcia stanowiska zmusza mnie zjawisko natury nie tyle społecznej, co psychologicznej: od powszechnego promocyjnego bicia piany zaczyna wrocławianom przewracać się w głowach.
Rozsądne wyobrażenia o wystawie Expo winny odsyłać do skojarzeń z innowacyjnością, której we Wrocławiu nie widzę ani za grosz. Starówka w istocie fajna (chyba adekwatne określenie na kamienice w brązach i pastelach). Swobodna atmosfera i tętniące w porywach życie kulturalne też stanowią atut, ale małego kalibru, aby stawać w szranki z europejskimi metropoliami. Wrocławianom, o dziwo, raczej to nie przeszkadza i cenią sobie bezkrytyczne szermowanie hasłem „metropolia”. W takim klimacie aprobaty i samozadowolenia milkną krytyczne głosy, że kiepsko ma się nowatorska architektura i brakuje odważnych – skrojonymi na XXI wiek – rozwiązań urbanistycznych.
Jak dotąd turyści, jeśli coś mogą dowoli obfotografować to głównie zoo lub Ostrów Tumski. Ale to dziedzictwo dane niejako w spadku, a nie wypracowane przez obecne generacje.
Zachwycając się inwestycyjnym rozmachem zapominamy, że stawiający centra handlowe i fabryki inwestorzy mają na uwadze własne zyski i nie w głowie im wyręczać miejskich planistów i strategów. A powołaniem tych ostatnich jest dbanie o przestrzeń publiczną. Jaki będzie Wrocław za 20 lat? Miastem zieleni, nowych technologii, turystyki kulturalnej? Nie wiem… Co z prozaicznymi kwestiami: spójną siecią ścieżek rowerowych, koleją miejską, wodnymi tramwajami, ogródkami jordanowskimi, basenami, zabudową czynszową, bulwarami spacerowymi, powszechnym dostępem do bezprzewodowego internetu, który jest oczywistym synonimem nowoczesności? Expo tego nie załatwi.
Trudno oczekiwać, by sypiąca się Hala Ludowa (wpisana do rejestru UNESCO) lub śmierdzący dworzec kolejowy (gdzie ten upragniony remont?) zapierały dech w piersiach komukolwiek, zwłaszcza turystom.
Miasto jest dramatycznie nieprzygotowane na obsługę turystów i też niewiele się z tym robi. Brakuje hosteli, sieć regionalnych połączeń kolejowych jest w zaniku, tabor i drogi się sypią.
Na kluczowe pytanie, w czym tak naprawdę Wrocław jest wyjątkowy, że powinien zostać gospodarzem Expo w 2012 r., nie znajduje odpowiedzi. W zderzeniu z wrocławskimi konkretami, owe nadęte ponad miarę i nieprzystające do możliwości ambicje napawają mnie zażenowaniem. Tak jak żenuje mnie siermiężna, ni to po polsku ni to po angielsku opisana mapa na stronie promującej kandydaturę Wrocławia do Expo 2012.
Że we Wrocławiu innowacyjne podejście ledwie raczkuje świadczą choćby losy pewnego projektu – stworzenia balonodromu. Autorka jeździ z nim po świecie, bo w ogarniętym expomanią Wrocławiu pomysł nie chwycił.
Mogłby się Wrocław choćby zachwycić internetową prezentacją koreańskiego Yeosu, ale się nie zachwyci, bo to przecież rywal.