Wspaniała, staroświecka narracja połączona z genialnymi możliwościami współczesnej technologii. Ludzie kochają ten film, doceniają jego oryginalność – tyle producent filmu Mark Canton.
Rany boskie, toż to marketingowa ściema w żywe oczy. Czułem się w kinie jak na pokazie gry komputerowej.
Więcej, „300” już po pierwszych wyryczanych przez króla Leonidasa kwestiach nie pozostawia żadnych złudzeń: chodzi o toporny monumentalizm, kult przemoc i nic więcej. Ten film pokochaliby dygnitarze III Rzeszy.
Nieznośnie banalna fabuła (sama bijatyka to niewiele), ma równie nieznośny propagandowy sznyt: heroiczni, nadludzcy Spartanie (szkoda, że nie niebieskoocy blondyni), obrońcy wolności, kontra azjatycka tyrania hołubiąca mistycyzm. Skądinąd zestawienie wymownie wpisujące się w geopolityczne zawirowania, jakich jesteśmy świadkami.
Graficy dowiedli kunsztu, lecz ich robota, jak para poszła w gwizdek – historia nie wciąga, jest emocjonalnie martwa, zanim Spartanie poginęli.
Czy komuś zakręciła się łezka w oku, czy ktoś uśmiechnął się łapiąc w lot ironię reżysera? Nie sądzę, żeby reżyser potrafił wzruszyć albo pobawić się z widzem w kotka i myszkę z satysfakcją dla oglądających.
Gdy Leonidas krzyczy: „dziś będziemy w Hadesie”, mam wrażenie, że bredzi, bo film od pierwszych „apokalitycznych” ujęć jest piekielnym nieporozumieniem. Ot, recenzent Guardiana dopatrzył się w ociekających krwią „300” campowych naleciałości.

Film powstał na podstawie komiksu. Odnotowuje fakt, ktory nie pociąga żadnych konsekwencji poza uproszczeniami. Podobna poskomiksowa produkcja – Sin City – skrzyła się od ironii. A ładunek groteski czynił z niej bezpretensjonalną popkulturową zabawę, wolną od nabożnego traktowanie przemocy.
Oglądając „300” ma się wrażenie, że to film nakręcony na czas wojny. Pewien recenzent zresztą zauważył, że filmowi Spartanie, w sumie, mogą uchodzić za protoplastów nazistów.
Dajmy spokój. Film – po prostu – domaga się maliny. Kto uważa inaczej, niech się ze mną posprzecza; tylko bez przemocy.