Wielkimi krokami zbliża się Port Literacki. Pisząc tak, kładę nacisk na nieuchronność wydarzenia, które hojnie dotują władze Wrocław (chwała im za to), a nie na jego skalę. Bowiem jakby się organizatorzy nie spinali, będzie to branżowe poetyckie spotkanie, skazane na niszowość, a nie dające po oczach i uszach rozmachem.
Niszowość nie jest żadną ujmą, ale może warto byłoby pozadzierać trochę i podroczyć się z rzeczywistością spychającą poezję na margines marginesów, a nie zadawalać się rolą reliktów kontemplujących poetycki stan w jakimś komfortowym terrarium … Arsenał podręcznych środków jest przebogaty, na przykład, recytacje–happeningi o najróżniejszych porach w nieoczekiwanych miejscach. Ku wnerwieniu, ku irytacji lub satysfakcji przechodniów.
Na szczęście nie zabraknie kontynuacji muzycznego wątku sprzed roku; wówczas na porcie udzielała się grupa Karbido, teraz ta rola przypadła Pustkom.
Oczywiście niemal to samo grono poetów, w tym samym miejscu i ta oczywistość rozczarowuje. Spotkanie niejako na zadany temat; tym razem będzie poezja amerykańska, gwarantuje wrażenia, ale czy fajerwerki?
W gronie bohaterów boleśnie brakuje mi Charlesa Bukowskiego, który w tych rozedrganych i kąsających chaosem czasach – czując nerw i rytm codzienności – uwodził i wrzucał czytelnika w najdziksze poetyckie rewiry, choćby miała to być podłego sortu speluna, burdel lub uliczna awantura.
Więcej życia, proszę państwa, nawet jeśli życie -z tej perspektywy – miałoby się okazać porażką, jednak warto się szarpać.