Przez ostatnie naście lat wybudowano ledwie stadionowego szkraba w Kielcach, teraz mając wiatr historii w husarskich skrzydłach i nóż na gardle uporamy się z każdym wyzwaniem, przy którym postawienie kilku stadionów z prawdziwego zdarzenie to pestka. Tyle nasze aspiracje, w których z racji ukraińskiego partnerstwa obrzmiewa znajoma nuta: za naszą i waszą, już nie wolność lecz prosperitę.
Oczywiście zawsze istnieje ryzyko, że wzorem poprzednich pokolen powszechna euforia zamieni się w gwałtowne, acz krótkotrwale wyładowanie atmosferyczne. Bum i nic.

Mamy niewiele pięć lat na udowodnienie, że słomiany zapał to rzekomo nasza narodowa specjalność.

Akurat nie martwie się o polityków, oni swoim zwyczajem już spijają śmietankę i kalkulują, jak podczepić się pod Euro 2012, wywindować w sondażowym wyścigu o popularność, o władze.
Swoją drogą, cieszy mariaż naszej romantycznej natury z hodowanym na unijnych dotacjach pragmatyzmem: radujemy się z karnawału, wiedząc, że tak naprawdę chodzi nie o piłkarską lambadę lecz lotniska, stadiony, drogi.