Czarny Dół – ile takich miejsc jest w czeskich Sudetach? Na głównym skwerze osiemnastowieczny posąg świętego Michała, który triumfalnie przygniata do ziemi wijącego się w bólu Lucyfera. Obok kościół od lat zamknięty na głucho, lecz zegar na wieży punktualnie wybija szóstą.
Po parogodzinnej łazędze zielonym pustkowiem – tysiąc metrów w górę i kolejne parę serpentynami w dół, mając dokoła piękne widoki – odpoczywamy w restauracyjnym ogródku. Na górskich szlakach pusto i w knajpie także.
Gdzie podziali się wszyscy? Za niespełna godzinę, kilkanaście osób – starzy, młodzi, ktoś z psem – zejdą się do pobliskiej gospody, nad którą wynajęliśmy pokój, oglądać hokej (Czechy kontra USA) i pić pieniste piwo, niemożebnie dobre, ledwie dwa złote za kufel, przeliczając na nasze.

W Karpaczu rój samochodów i tłumy przewalające się główną ulicą. Czekam na autobus, który wybawi mnie z opresji. Denerwujące jazgotliwe dźwięki, poszarpane radiowe hity, przygłuszone warkotem silników, niesłabnący szum ludzkiej masy. Serwowane krzykliwą czcionką: kiełbasa z grilla, pizza, hamburgery, frytki. To Karpacz w długi weeked i – bez złudzeń – przez cały rok. Uciekać stąd. W trzy godziny autobusu zawozi mnie do Wrocławia. Wrócę jeszcze kiedyś na czeską stronę, oby przed sezonem.

Kojący widok z najodległejszych stron