Mam z Björk swe prywatne porachunki. Lat parę temu nie znajdując w sobie entuzjazmu dla ekscentrycznych poczynań artystki, straciłem resztki uznania w oczach mojej ówczesnej dziewczyny.
Reminiscencje kobiecej wolty sprzed lat powróciły w tytule najnowszej płyty Bjork. „Volta” zbiera tak skrajne recenzje – zachwyty mieszają się z recenzenckim błotem – że cała płyta, nie tylko parę napakowanych rytmicznym beatem piosenek z myspace’owego profilu Björk prosi się od odsłuchanie.

To niebywałe, ogromnej wagi wydarzenie. Rewolucja. – zachwala Dominika z Nowej Muzyki. Dla odmiany, strzykający ironią Warren Ellis, guru komiksiarzy:

This is just gutless, half-blind grabby-handed cultural tourism from a woman who may not even realise she has nothing left to say. If there’s fascination in VOLTA, it’s in watching a corpse continue to twitch years after it pissed on its chips

Zasugerowana powyżej fizjologiczna czynność bynamniej nie musi być pozbawiona estetycznego kontekstu. Najpierw jednak, uczciwie stawiając sprawę, kupię płytę i jej rzetelnie posłucham.