Nie chodzę do kina na polskie filmy i nic na tym nie tracę. Mniej się irytuję. Filmowcy klonują cukierkowe love stories utrzymane w telenowelowej manierze lub taplają się w bezdennie ponurych dramatach o złomiarzach, dzieciach alkoholików lub ofiarach sadystycznego ojca. Do bólu monotonne.
Ciekawe, kto nakręci film o najnowszej londyńskiej emigracji. Nie dołujący, o harowie na zmywaku lecz tragikomiczny, w rodzaju polskiej gorączki sobotniej nocy.
Oparta na faktach historia o muzycznym undergroundzie z lat 80. też miałaby swą widownię, Nie żaden „Gwiazdor” Latkowskiego, nakręcony znerwicowaną kamerą, ale paradokumentalna powieść o sprzeciwie, uporczywym szukaniu wolności, przyjaźni i konwersji. Niejeden popalał jointy i potem zawędrował do kościoła.
Myślę też o groteskowej tragikomedii o szarych obywatelach Piszczykach, wiodących prostą do bólu egzystencję, którzy w swojej masie zatrważająco zagubieni, gdzieś pomiędzy peerelem a wolnością, nieświadomi konsekwencji swoich wyborów sprezentowali władzę politykom, którzy ich zagubienie cynicznie wykorzystują. Jakie inne filmy trzeba nakręcić, aby sportretować nasze czasy?

To Jarocin sprzed 20 lat