PJ Harvey przyjaźni się z Don Van Vliet’em aka Captain Beefheart . Ten z kolei był szkolnym kolega nieodżałowanego, muzycznego kpiarza Franka Zappy. Niezła ekipa. Oddzielnie i na różnych częstotliwościach siejąca zamęt w uszach i dziki popłoch szarych komórek.

Captain Beefheart u szczytu formy

Komitywę Polly i Beefhearta potwierdza mail rozyłanych po fanach, w którym angielska gwiazda zachęca do obejrzenia nowojorskiej wystawy obrazów legendarnego muzyka.
Już wyobrażam sobie jak idę do amerykańskiej ambasady i wpisuję we wniosku o wizę: ”wystawa Captaina Beefhearta”. Czysty surrealizm. Urzędnik ambasady oleje mnie, tak jak zafiksowane na punkcie sztuki nasze koleżanki z czasów licealnych burz i naporów. Czarowaliśmy je (tak się nam zdawało), iż my – arcywrażliwi kolesie– jeśli coś słuchamy namiętnie to porąbanych songów Captain Beefhearta. Wtedy nie zadziałało i teraz nie zadziała…
Szkoda, że PJ Harvey nie ma koleżeństwa w Polsce. Może by w końcu przyjechała.