To był „one man show”, ale jaki: Iggy Pop wił się, czołgał, skakał po scenie niczym szaman, którego nawiedziły duchy. Jeśli ktoś sądził, że charyzma uchodzi z człowieka wraz z wiekiem, ciurkiem, niepostrzeżenie lub nagle jak powietrze z przekłutego balonu, jest w błędzie.
Patrząc na Iggiego Popa warto pamiętać: dawno na nim postawiono krzyżyk. Ćpał i pił na potęgę, a jednak jakby na złość prorokom marnego końca ciągle kipi energią. Jest chyba ostatnim rockowym buntownikiem, który fascynuje kilka pokoleń fanów; inni są lata świetlne odległym od życia wspomnieniem.
Czy odcina kupony od dawnej sławy? Czy interesuje ludzi o tyle, o ile widzą w nim starego dziwaka klnącego i miotającego się po scenie? Obie tezy są błędne. Właśnie teraz, gdy obserwujemy renesans rocka, gdy tak wiele młodych kapel nawiązuje do the stooges, Iggy jest na fali. Poryta zmarszczkami twarz, żylaste ciało są kpiną z atakujących nas zewsząd wizerunków martwego piękna obrabianego photoshopem.
***
Ciekawe, czy na koncercie był Świetlicki?