Zagrał na Malcie, powinien też zagrać na non stop. Dla kogoś oswojonego z niezmierzoną amerykańską przestrzenią, pokonanie paruset kilometrów z Wrocławia do Poznania winno być pestką. Może zaśpiewa i uwiedzie za rok, gdy druga, zapowiadana na jesień płyta dokumentnie zawróci ludziom w głowach.

Beirut – aura nostalgicznej tęsknoty, szaleństwa i bezpretensjonalności….Zazdroszczę Jacuzz. Głupio i żal koncertu. A przecież parę miesięcy temu Beirut tak spacyfikował mi głowę, że szumy ulicy, szmery głosów, stukot butów układały się w ulubione podchmielone melodie.