Zaczęło się całkiem niewinnie. Przed trzema laty w nocnym klubie Baja Beach w Barcelonie. Mikrochipy serwowane tak jak drinki, tyle że pod skórę, były biletem wstępu do strefy dla vipów. Pomysł narodził się w głowie właściciela lokalu Mr. Chase’a. Chyba nie bez znaczenia jest fakt, że Chase nim zajął się biznesem, służył w amerykańskiej armii, biorąc udział w pionierskich pracach nad ARPANETEM – wojskowym poprzednikiem Internetu.
Boom na chipowanie jest faktem. Firma CityWatcher.com eksperymentuje z oznakowywaniem pracowników: chip ułatwiający dostęp do strzeżonych i izolowanych stref. Wielu speców głowi się, jak wdrożyć – i na tym zarobić – metodę chipowania pacjentów, która zagwarantuje pełny dostęp do danych o ich podstawowych funkcjach życiowych: tętno, ciśnienie, praca serca. Strumień informacji płynący bezprzewodowo 24 godziny na dobę. To najbliższa przyszłość. Zajrzyjcie do artykułu w The Economist: Wireless incorporated.

Albo taki news: Microchips mulled for HIV carriers in Indonesia’s Papua.

Co stoi na przeszkodzie, aby znakować przestępców, ograniczając im tym samym swobodę poruszania? Jeśli rzekło się „a”, łatwiej przychodzi powiedzieć „b” i… nie dziwi efekt domina.
Czy do wyobrażenia jest świat, w którym chipowanie staje się normą lub powszechne jak piercing i tatuaże. Oto paradoksalnie modyfikacja ciała – ze sposobu na manifestowanie indywidualnej niezależności – staje się narzędziem oswajania ludzi z wizją szpikowania obywateli chipami dla ich bezpieczeństwa. Radosna perspektywa , nieprawdaż? I wcale nie odległa.