Jakie mam wrażenia? Wystawa przypomina niemiecką gospodarkę: jest solidna i ewidentnie brakuje jej fajerwerków.
Do Kassel zwieziono prace ponad setki artystów, więc siłą rzeczy przypomina bazar. Obrazy, grafiki, instalacje, pokazy video – jest w czym przebierać i nad czym się zadumać. Ale obcujemy nie tyle ze sztuką, co jej nadmiarem. Dzieła pozostaną na dłużej w głowie, o ile zdołamy wyłowić je z różnorodnej masy i poddać analizie.

Choćby tysiąc jeden krzeseł dynastii Ming, które przywiózł Ai Wei Wei. Są wszędzie. Trudno o lepszy komentarz do oczywistego przeczucia, iż Stary Kontynent ulegnie chińskiej nawale, że sklepowe półki uginające się od chińskimi adidasów, zupy w proszku, pluszaków to preludium.

Spędziłem w Kassel trzy dni, czując się i dziwnie, i komfortowo. Miasto ma klimat prowincjonalnego uzdrowiska opanowanego przez emerytów. Siwe niemieckie głowy konsumują dzieła sztuki z namaszczeniem, statecznie. Żadnej ekscytacji, kręcenia nosem, głośnych komentarzy.

Po rozległych zielonych terenach pomiędzy pawilonami snują się hałaśliwi i wyluzowani Hiszpanie; ale szaleństwa i tajemnicy na Documenta jest jak na lekarstwo.

Zwiedzanie ekspozycji bez katologu, sprawia kłopot, bo umykają konteksty. Będzie zajęciem przyjemnym, jeśli nie narzucimy sobie dużych wymagań i tempa. Cierpliwość zostanie wynagrodzona, w morzu obfitości można wypatrzyć coś wyjątkowego.

Imponująca z założenia – i takie wywiera wrażenie – jest kolekcja malarstwa holenderskiego. Wśród mistrzów, ten najważniejszy, Rembrandt. Obok, Zofia Kulik. Błyszczy i przyciąga uwagę. Miły akcent, w pełni uzasadniony.

Polskich barw na Documenta broni też Artur Żmijewski. Film „Oni” podoba się krytykom. Mówi wiele o rozdzierających polską zbiorową duszę politycznych i religijnych antagonizmach. Ze Żmijewskim dałem sobie spokój wiedząc, że po powrocie będę miał podobne kino na co dzień.