Przodownik globalnej deprawacji i współczesnej Sodomy – tak opisuje USA religijny ultrakonserwatysta Dinesh D’Souza w książce „Wróg w domu: lewica kulturowe i jej odpowiedzialność za 11 września” (The Enemy at Home: The Cultural Left and Its Responsibility for 9/11). Pozycja narobiła zza Oceanem całkiem sporego zamieszania. Jej omówienie publikuje „Wyborcza” (niestety stan na niedzielę- w internecie nie ma artykułu).
Z jedną tezą D’Souzy trudno się sprzeczać – Ameryka to gigant w branży porno, co pokazuje w całkiem zresztą frapujący sposób prezentacja poniżej. Ale żeby wyciągać zeń tak daleko idące wnioski?
Fundamentaliści zwykli cierpieć na brak humoru. Srogie, zatroskane oblicze i mentorski ton źle czują się w sąsiedztwie ironii; powaga nie znosi satyry. Orędownicy praw objawionych w życiu publicznym łatwo popadają w dramatyczną i komiczną przesadę. Oto D’Souza upatruje szans na uzdrowienie Ameryki w krucjacie amerykańskich konserwatystów i islamistów zjednoczonych przeciwko liberalnym porządkom. Ten globalny alians ma wyciągnąć z opresji zdegenerowany, zindywidualizowany świat.
„Wyborcza” przedrukowuje artykuł Andrew Sullivana: ”Ameryka to Sodoma”. Wpływowy libertariańsko-konserwatywny publicysta nie pozostawia na książce D’Souzy suchej nitki. Ale przestrzega przed bagatelizowaniem scenariusza, który kreśli D’Souza: konserwatyści zrywając z oświeceniowym dziedzictwem organizują globalną religijną krucjatę w obronie moralności, wspólnoty i porządku.
Akurat „wahabitów” nie brakuje u nas. Rydzyk, Marek Jurek, Giertych nie raz dawali do zrozumienia, że w obronie religijnych wartości i dla zagwarantowania im dominacji, skłonni są zanegować demokratyczny consensus.