Powodów do ulgi nie ma, bo scenariusz przyśpieszonych wyborów (21 października), który wyłonił się po całkiem nieoczekiwanym spotkaniu Tuska z prezydentem, nie napisała opozycja. To nie PO i nie słaby SLD postawiły rząd pod ścianą. To Jarosław Kaczyński zagonił się sam w ślepy róg, co zresztą było do przewidzenia. Otworzył tyle frontów, zaliczył wpadkę z Lepperem, nie doprowadzając go przed oblicze prokuratora, koniec końców, stanął przed ryzykiem utraty kontroli nad biegiem zdarzeń. Stąd skok w przepaść, do którego, święcie jestem przekonany, solidnie się przygotowywał.
Nie wyobrażam sobie, żeby Lech Kaczyński robił bratu psikusa i, ot tak sobie, poszedł na rękę Tuskowi. Braterska miłość nie pęka. To musi trzymać się kupy. Inaczej PiS szlag trafi.
„Popis” zatem w tej kadencji nie porządzi, lecz przynajmniej doprowadzi do wyborów, aby potem w ogniu kampanii znów obie partie…wzięły się za łby. Tak będzie.

Na koniec ciut „zakręcony” Owsiak o polskim rządzie