Maluje, rzeźbi, wystawia na całym świecie, ostatnio jara go zabawa w Adolfa Hitlera.
Jonathana Meese i jego „artystyczno-hitlerowski” gest podziwiają użytkownicy My space. W gronie myspace’owych przyjaciół Messe umieścił Ewę Braun, narzeczoną Hitlera.
To nie incydentalna prowokacja. To rutyna zahaczająca o osobniczą patologię. W londyńskiej Tate Galery umalowany na gejszę, w bluzie adidasa, z butelką whiskey, pijany Meese miotał się po ringu pozorując masturbację i wykrzykując: „Adolf Hitler”, „Richard Wagner”. Performance relacjonuje Art Forum.

Znawcy modern art będą w nieskończoność roztrząsać: dziwak, artystyczny radykał, odmieniec, a może nękający leniwych mieszczan amoralista? Momus, znany felietonista Wired, nie owija w bawełnę i kwituje – Meese to „wanker” .

Pewnie w Polsce nie obejrzymy go w akcji. Mała strata. Skończyłoby się prokuratorskim dochodzeniem i powszechnym lamentem, iż pod płaszczykiem sztuki, zresztą cieniutkiej, propaguje się faszyzm.
Poza tym każda większa gazetowa wzmianka o kontrowersyjnym artyście narobiłaby niezłego bigosu, dając prawicowym politykom do rąk argument o budzącym się w Niemczech rewanżyzmie.
Ale zza Odry dochodzą zdrowe alarmistyczne głosy. Podkreślając, iż Meese – w niepokojących igraszkach z faszyzmem – nie jest odosobniony, Georg Diez wymienia szereg twórców kina, teatru, literatury, którzy wykorzystują figurę Hitlera, parafrazują totalitarne wątki, emblematy i motywy. Artykuł Dieza nosi znamienny tytuł: Why German artists should keep their hands off Hitler. I tego przesłania trzeba się koniecznie trzymać.