Patrick Watson – ten przesympatyczny facet o melancholijnym głosie oraz jego kompani z Montrealu ponad wszelką wątpliwość zasługują na uwagę. Są twórcami muzy w ponadprzeciętnym stopniu przepełnionej liryzmem. W tym, co tworzą nie ma krzty banalnej i pretensjonalnej maniery neurastenicznych wrażliwców. Jest za to sporo subtelnej celebracji życia, z jego małymi radościami, paradoksami, odlotami i smutkami.

O Patricku kiedyś wspomniałem, lecz po upływie tych paru miesięcy, gdy wokoło panoszy się w najgorsze jesienna słota, utwierdzam się w przekonaniu, że to prawdziwy – w dobrym tego słowa znaczeniu – oryginał.

Ta piosenka towarzyszy mi w chwilach zadumy, a tejże zadumy jesienią jest w bród, zresztą jak liści pod stopami.