“You’re a ****ing rubbish man. You hear? Your ****ing ***** is full of maggots. You’re a big ****ing semen *****. Stone balls! …****ing black *****! You *****ing mother’s ****!” – to nie okrojone tłumaczenie politycznej debaty, ani zwrotka hiphopowego przeboju. To fragment zarejestrowanej przez antropologa w pewnej nowogwinejskiej wiosce awantury, w których zwyczajowo biorą udział kobiety, wyręczające w bluzgach własnych mężów. Tak to wygląda w ichniej egzotycznej kulturze. Czy zatem podział na ustępliwe i spokojne kobiety z Wenus i porywczych mężczyzn z Marsa jest uniwersalny? Mam na półce przywołaną tu książkę, do której nie raz zdarzało mi się sięgać, by ubiec zbliżający się damsko-męski front burzowy.

Ona rozmowna, emocjonalna, mniej asertywna, lecz skłonna do kompromisów, on zaś porywczy, do bólu konkretny, irytująco rzeczowy. Nie ma na to wystarczających dowodów, a fakt, iż „planetarny podział płci” funkcjonuje w licznych publikacjach, nie stanowi koronnego dowodu na słuszność tezy – przekonuje socjolingwistka prof. Deborah Cameron ( na marginesie: badała również język pracowników call centres). Jej książkę pt.„The Myth of Mars and Venus: Do Men and Women Really Speak Different Languages?” zrecenzował Times on line.

Ileż to razy nie mogłem znaleźć wspólnego języka z płcią piękną. Zdarzały mi się komunikacyjne katastrofy. Być może znaczenie ma fakt, iż zamiast dopuścić do głosu autentyczne „ja” staramy się posługiwać książkowymi skryptami. A te wywodzą nas na manowce.
Zresztą co począć, jeśli ona w ogóle nie chce z nami rozmawiać, choćby po „męsku” zwymyślać? To jest dopiero problem.