Jesień to czas pigułek na ból głowy, apatię, senność, chandrę, grypowe dreszcze. Oddajemy się im ochoczo, z ulgę, we władanie. W sumie, przywykliśmy do wyrafinowanych marketingowo, farmakologicznych interwencji jako sposobu na dobre samopoczucie. Jakby spleen był chorobą, od której się umiera.

Myślę sobie, że jesień jest doskonałym alibi dla hipochondryków i malkontentów. W ponurej szarudze, wszechogarniającej wilgoci, szurając pośród butwiejących liści, oni czują się jak ryba w wodzie.

Ja pakuję w siebie tylko muzykę. Z chronicznych przypadłości zżera mnie tęsknota za plenerowymi koncertami, za leżeniem na trawie z koniczyną w zębach.