Wizyta w Radio Maryja i kontrola finansów rozgłośni ojca dyrektora – tym sposobem nowy rząd Tuska upiekłby dwie pieczenie na jednym ogniu (byle nie jednocześnie). W eter poszedłby sygnał, że PO nie ignoruje moherowych beretów, nie uchyla się od kłopotliwych spotkań, zarazem jednak nie zamierza iść Rydzykowi na rękę. O konieczności wyjaśnienia mechanizmów finansowania rozgłośni i związanej z nią toruńskiej uczelni, mówiło się od dawna. Czas najwyższy zająć się problem.
Co do pierwszego pomysłu, jeśli zakonnik odrzuci propozycję rozmowy/debaty na antenie radia, wtedy pozostaje to nagłośnić. Tym bardziej, że dla odmiany pisowscy ministrowie jeździli do Torunia na kolanach.
To ryzykowny, ale czy aby nie jedyny pomysł na nowe otwarcie? Na pewno PO musi słać sygnały, że jest formacją gotową szukać ugody, musi postarać się o symboliczny akt zniesienia podziałów, tym samym odróżnić się od radykalnego obozu PiS i jego kościelnych popleczników.

Lider PiS długo nie będzie w stanie przetrawić porażki, niewątpliwie ulegnie pokusie szukania rewanżu. W jego interesie jest podsycanie konfliktów, społecznej polaryzacji, na rękę jest mu kreowanie siebie jako moralnie czystej ofiary medialnej zmowy. Dlatego Tusk musi go ubiec i wkroczyć na obszar uznany za domenę PiS, aby rozbroić tę tykającą bombę.

Tuskowa ręką wyciągnięta do symbolicznej zgody ma o tyle znaczenie, że pozwoli odróżnić się na tle sfrustrowanych i agresywnych Braci. Tusk ma już część władzy, teraz musi pokazać, że dla sprawnego rządzenia jest w stanie paktować nawet z diabłem. Stąd powinien ponowić propozycję rozmowy w Radio Maryja i robić swoje.