Siedziałem w banku, z nudów łowiłem okiem jedną z kamer. Miałem wrażenie, że celuje prosto we mnie, więc gapiłem się w nią dla hecy. Kto czuwał przed monitorem, czy zrobił zbliżenie mojej twarzy, co przyszło mu do głowy? Ten eksperyment trwał chwil parę, nim znudzony tkwieniem w kolejce nie pomyślałem: nic pod słońcem się nie zmienia.

Ongiś patrzył na nas z góry i oceniał srogi, wszechwładny Bóg. Komunikował się z człowiekiem poprzez epifanie. Każdy skrawek ziemi, prozaiczne czynności osadzone były w wyższym porządku odwołującym się do religii. Właśnie ten szczegół wyróżnia kultury pierwotne od naszej, tkwiącej po uszy w agnostycyzmie i relatywizmie.

W sekularyzowanym świecie sprywatyzowanych przykazań i indywidualnych wiar, Boga zastąpił powszechny Nadzorca, który nie domaga się aktów wiary i rachunków sumienia, tylko przestrzegania przepisów. Stąpa po naszych tropach: transakcjach, rachunkach, rejestrach, podaniach, przelewach bankowych. Śledzi piny, loginy, profile, bez wytchnienia węszy kamerami.
Nadzorca interweniuje: dla naszego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa innych, jeśli to my stanowimy zagrożenie.

Nadzorca staje bardziej omnipotentny – taka jest moja hipoteza – im mocniej społeczeństwa odchodzą od ładotwórczego, wspólnego, uczestnictwa w religii. Bóg przestaje być potrzebny, zostaje jednak (być może) elementarna, nieuświadomiona potrzeba zawierzenie czemuś, co nas przekracza, co nad nami czuwa.

Kiedyś atrybutem Boga był ogień, słońce. Czczono Boga manifestującego się poprzez żywioły, piorun, wiatr, kamień. Dziś staje się nim elektroniczne oko.

Zatem bracia i siostry: Simply pray to the surveillance camera. Tylko co ze zbawieniem?